NA GORĄCO
Inicjatywy
A jednak trochę żal...

W grudniu minionego roku ostatecznie udało nam się potwierdzić miejsce pochówku części żołnierzy z oddziału pułkownika Zaliwskiego, którzy zginęli w 1831 roku na łąkach pomiędzy Sokołdą a (niezabudowaną jeszcze wówczas) Kopną Górą. Trwają przygotowania do ekshumacji i naukowego zbadania szczątków powstańców, obmyślamy sposób przeprowadzenia ceremonii uroczystego pochówku i upamiętnienia poległych w projektowanym mauzoleum na terenie Arboretum w Kopnej Górze. Planowany termin uroczystości to 15 sierpnia 2010 roku.

Myślę, że nie powinna budzić wątpliwości potrzeba przeniesienia odkrytych doczesnych szczątków powstańców poległych za wolność ojczyzny. Ich dzisiejsze miejsce spoczynku: w przydrożnym rowie, pasie „ziemi niczyjej” usytuowanym pomiędzy szosą a ogrodzeniem arboretum, mimo upamiętnienia tego miejsca przedwojennym pomnikiem, budzi naturalny odruch sprzeciwu. Po zwłokach części żołnierzy jeżdżą ciężarówki i ciągniki, kości innych zarasta zielsko, bo przecież pielęgnowany jest tylko obszar wokół stojącego postumentu. Tak się nie godzi. Przeniesienie kości żołnierzy, chyba głównie młodych chłopców co widać było choćby po stanie uzębienia części szkieletów odsłoniętych w sondażowym wykopie, powinniśmy uważać za nasz obowiązek.

Spoczywali obok siebie i jeden na drugim przez dwa stulecia. Dopóki była tu mogiła usytuowana pod górą, na rozstaju dróg, oznaczona i uświęcona wyciosanym chłopską ręką drewnianym krzyżem, można było uważać jej uhonorowanie za właściwe i wystarczające. Tak było przez wieki i nie było nic uwłaczającego w takim pochówku. Przeciwnie, usytuowanie mogiły na rozstajnych drogach bywało nawet rodzajem przysługi oddanej zmarłym. Przed takim przydrożnym krzyżem w ciągu dziesiątków i setek lat zatrzymywali się podróżni, kupcy i okoliczni mieszkańcy: aby się chociaż przeżegnać nim ruszą w dalszą drogę. Tak wielu ludzi posyłających „westchnienie do Boga” w intencji spoczywających pod krzyżem zmarłych i poległych musiało przecież wywrzeć, jak sądzono, wpływ na zbawienie ich dusz. Tak było od zawsze, od wieków. Zagubione wśród lasów i pól, oznakowane chylącym się ze starości omszałym, drewnianym krzyżem, mogiły naszych przodków budziły zapewne o wiele więcej patriotycznych, uskrzydlających serce i duszę, uczuć i emocji niż dzisiejsze uporządkowane cmentarze. Przypomnijmy sobie usytuowany w lesie na nadniemeńskiej skarpie grób Jana i Cecylii, tak pięknie opisany w powieści Elizy Orzeszkowej Nad Niemnem. Jeszcze przed wojną, póki Grodzieńszczyzna znajdowała się w granicach Polski, organizowano tam regularne wycieczki. Magia miejsca… Skąd się brała? Naturalne otoczenie, zadbane lecz nie zainscenizowane miejsce pochówku mówiły, że wszystko wygląda niemal tak jak w momencie składania zmarłych do grobu i tylko patyna czasu wprowadzała tu swoje zmiany.

Nastał czas cywilizacji asfaltu i betonu. Drastyczna zmiana zaszła też w Kopnej Górze. Wybudowanie nowej, przecinającej górę, wyasfaltowanej „za komuny” drogi zepchnęło szczątki bohaterów w przydrożny rów. Nie ma tu już miejsca dla ciągnącego krętą, piaszczystą drogą konnego wozu którego właściciel zatrzyma się na chwilę w zadumie by odmówić „zdrowaśkę” za duszę spotkanych na swej drodze zmarłych, dając jednocześnie chwilę wytchnienia w leśnym cieniu zdrożonym koniom. Zginął kolejny, ważny element naszego krajobrazu…

Nie powinniśmy zostawiać mogiły Powstańców Listopadowym w jej obecnym stanie, choć wielu zapewne zapyta: „A ile to będzie kosztowało?”

Ich kosztowało o wiele więcej. Dziś już na ogół nie uświadamiamy sobie co oznaczało to poświęcenie. Codzienny, prozaiczny znój polegający na ciągłych marszach z ważącym dziesiątki kilogramów uzbrojeniem i wyposażeniem, głód i spanie na gołej ziemi niezależnie od pory roku – to najmniej ważny obraz codziennego żołnierskiego żywota. Bo tym co było przecież istotą wojennego rzemiosła była walka. To były duże bitwy i mniejsze potyczki (do rzędu tych ostatnich należy zaliczyć też starcie pod Sokołdą), niosące ze sobą śmierć od kuli, szabli czy lancy i straszne rany których skutkiem w tamtych czasach było niemal zawsze ratowanie życia poprzez natychmiastową amputację ranionej ręki lub nogi, tuż obok zlanego krwią pola bitwy. I pomyśleć, że oddział pułkownika Zaliwskiego składał się głównie z ochotników. Tego co było w ówczesnych realiach zaszczytnym obowiązkiem i chlebem powszednim, dziś już chyba nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić i odczuć...

Pewne wyobrażenie o tym jak wyglądała ówczesna walka dają nam opisy zawarte w pamiętnikach. Nie ubrane w literackie lub naukowe formy utwory lecz opowieści, często zwykłych ludzi, którzy widzieli i przeżyli opisywane wydarzenia, najsilniej przemawiają do wyobraźni. Nie mamy takiego opisu bitwy pod Sokołdą, a przynajmniej nie udało mi się dotąd, pomimo poszukiwań, na taki natrafić. Jednak wszędzie realia ówczesnej wojny były podobne. Oto jak w maju 1831 roku, kilkadziesiąt dni przed bitwą pod Sokołdą, zdobywano nieodległy przecież Tykocin:

O godzinie 4-tej z południa byliśmy pod Tykocinem, i tę dawną warownię Czarnieckiego udało nam się dosyć łatwo odebrać nieprzyjacielowi, gdyż wtargnęliśmy do miasta wraz z oddziałem gwardyi, przez nas ściganym, tak nagle i niespodziewanie, iż przed nami zatarasować się nie zdołano.

Nowy dowódca pułku, Feliks Breański, popisując się przed nami, pierwszy wpadł z tyralierami na rynek, a jak świeża miotła, wymiatając na czysto, o włos nie przypłacił życiem swojej gorliwości. Strzelec finlandzki, zaczajony za węgłem domu, wysunął się wprost na niego i sztuciec przyłożył niemal do samych piersi. Kapitan Skrodzki, który jako adjutant pułkowy towarzyszył na koniu Breańskiemu, rzucił się na Finlandczyka i cięciem pałasza w głowę uprzedził wystrzał. Nasi żołnierze zakłuli do reszty śmiałka i wielu innych żołnierzy, co nie zdążyli wydostać się na czas z miasta przez groblę za Narew.

Gorsza sprawa była z groblą i z mostami na Narwi, które po zdobyciu wąwozu i miasta opanować kazano. (…) Narew pod Tykocinem rozlewa się wśród brzegów bagnistych, tworzy kępy i płynie dwoma głównemi korytami. Z tego powodu droga od miasta za Narew prowadzi po długiej a wązkiej grobli, przystrojonej dziewięciu mostami i mostkami. Dwa pułki gwardyjskich strzelców i 12 armat, w wachlarz rozłożonych, wzbraniały nam przejścia po grobli i po mostach na brzeg przeciwległy.

1-szy batalion naszego pułku był nieczynnym, lecz za to wszystkie inne bataliony użyte zostaty do sforsowania przeprawy. Langermann, żywy i wesoły, jak każdy Francuz, straciwszy konia, pieszo z dobytym pałaszem w ręku, na czele żołnierzy z kompanii Olędzkiego i Machwitza, zachęcając okrzykiem "Vive ojcisna!", zdobywał most po moście. My pchaliśmy się za nim, krzyczeli z całego gardła "hura!" lub śpiewali "Jeszcze Polska nie zginęła", usiłując tym śpiewem i krzykiem zagłuszyć trzask granatów, rozwalających mosty, i jęk rannych, spychanych naprędce z grobli dla uratowania od śmierci stratowania.

Krótką, lecz okropną była chwila rozprawy na grobli tykocińskiej i na prawym moście przez Narew, którego dwa przęsła przez uciekających wśród walki zerwane zostały. Strzelcy nasi okazali się tam na szczycie wielkości i poświęcenia, gdy pomimo roju kul karabinowych i roztwierających się na ich mundurach puszek kartaczy, po gołych belkach uszkodzonych mostów przedzierali się na drugą stronę rzeki. Zapal żołnierzy był niewysłowiony, męstwo nie znało granicy. Duch rywalizacyi, zazdroszczący Czwartakom zwycięstwa pod Wielkiem-Dębem, ożywiał pułk cały. Literalnie ubiegano się i ścigano o śmierć lub rany. Skaleczeni nie ustępowali z szeregów, a młody ochotnik z Galicyi, Ignacy Kikiewicz, z roztrzaskaną nogą staczając się z pochyłości grobli, jeszcze wołał na żołnierzy: "Naprzód, bracia, pomścijcie krew moją!" Szwadron krakusów, co podjechał pod groblę, krzyczał w niebogłosy:

— Śpieszcie się, strzelcy, bo was z grobli strącimy i na most pójdziemy.

I bez tej zachęty bataliony nasze rwały się naprzód i wpadały jak w otwartą czeluść piekła, niebaczne i nieświadome, iż opanowanie ostatniego mostu nie było zawisłem od woli i mocy ludzkiej. Porucznik Wiktor Kuczewski, podpor. Karpiński i 20-tu podoficerów i żołnierzy z naszego pułku na miejscu wyzionęli ducha. Kapitanowie Stępkowski i Mańko, porucznik Czerwiński, podpor. Szamota i Szeliski, jak nie mniej 100 żołnierzy z naszych trzech batalionów ciężko zranionych zostało. Porucznika Jana Czerwińskiego, któremu skorupa od granata zdjęła czub z głowy i mózg odkryła, odniosłem z żołnierzami do kościoła Bernardynów, w którym składano rannych i przedsiębrano chirurgiczne operacye.

Jakiż wzruszający obraz nędzy i cierpień ludzkich przedstawiał wówczas przybytek Pański! Gdym uchodził z niego co prędzej, wzrok mój zatrzymał się pomimo woli na skrwawionej beczce z cukru, spojrzałem w nią i ujrzałem zarzuconą odciętemi nogami i rękami żołnierzy... (…)

Nazajutrz, w niedzielę, na rynku w Tykocinie, pod starym posągiem hetmana Czarnieckiego, urządzono ołtarz i odprawiono nabożeństwo wojskowe za poległych, których równocześnie grzebano. Oddział saperów naprawiał śpiesznie most główny, gdyż Rosyanie jeszcze w nocy opuścili dobrowolnie prawy brzeg Narwi i otwarli wrota do Litwy. (…)


Być może jeszcze większe wrażenie może wywrzeć widziany oczami żołnierza a nie wodza przestawiającego swoje pionki na sztabowej szachownicy, opis bitwy pod Ostrołęką. Stanowiła ona punkt zwrotny w dziejach Powstania Listopadowego. Rozegrana wkrótce po tykocińskiej walce, zmieniła wszystko. Naczelny wódz, generał Skrzynecki, zmarnował wszystko: zapał i wielkiego ducha żołnierzy oraz realne szanse na militarny sukces powstania. Jeszcze raz oddajmy głos naszemu żołnierzowi:

Już późnym wieczorem 25-go maja weszliśmy do Ostrołęki, zapchanej wojskiem, przeszli przez most na prawy brzeg Narwi i rozłożyli się obozem pod lasem myszynieckim.

Po wschodzie słońca nic nie zapowiadało zbliżania się wojsk nieprzyjacielskich, i dlatego, rozsypani po lesie i kępach Łachy, wyciągaliśmy długimi marszami strudzone członki, gotowali wodę na spodziewaną żywność, której od 24-ch godzin nie mieliśmy, kąpali brudne ciało, prali bieliznę i kłócili się z markietanami, którzy z wygłodzonej Ostrołęki nic do zjedzenia wycisnąć nie umieli.

Pomruk dział za lasami lewego brzegu Narwi, około godziny 9-tej z rana, nie zmieszał naszego spokoju; dopiero wzmagająca się coraz bardziej wojenna wrzawa, zwiastująca odwrót korpusu gen. Łubieriskiego, powołała nas do szeregów. Wkrótce zaciemnił się widnokrąg tumanami kurzu i dymów artyleryjskich, z pośrodka których trysnęły jasne płomienie gorejącej Ostrołęki.

Do godziny 1-szej z południa staliśmy na małym pagórku obok zarośli, odległym o dwie wiorsty od pola walki, nietknięci, nieświadomi tego, co się dzieje i dlaczego dzieje. Rozkaz, przysłany Langermannowi, ażeby z naszą brygadą posunął się naprzód, oczyścił szosę, do Pułtuska wiodącą, i odbił mosty na Narwi, przez Rosyan zdobyte, przedstawił nam zaraz plastycznie rzeczywistość położenia. Ochoczo i żwawo, jak niegdyś pod Wawrem, sformowały się wszystkie cztery bataliony mojego pułku w kolumny do ataku i za głosem rogów puściły ku owej nieszczęśliwej szosie i za nią położonym mostom.

Pusta i naga równina piaszczysta, pełna rowów, błot i tam poprzecznych, oddzielająca nas od szosy, zawalona setkami trupów i rannych z poprzednich a nieudanych ataków brygad gen. Bogusławskiego i Węgierskiego, okropny przedstawiała widok. Pomimo licznych zawad dotarliśmy do punktu, ostrzeliwanego krzyżowym ogniem, Bóg wie, ilu bateryi rosyjskich. Przebycie tej strefy śmierci, którą strzegł z drugiej strony las bagnetów piechoty rosyjskiej w zbitych kolumnach batalionowych, było oczywistem szaleństwem. Dowódca 2-go batalionu, major Pawłowicz, jeszcze nie wyleczony z tykocińskiej rany, zwalił się zaraz z konia z rozbitą nogą od granata. Tuż za nim spadający na głowy żołnierzy drugi granat straszną dziurę wyrwał w batalionie. Kule karabinowe i szrapnele jak grad sypały się w to miejsce. Langermann, jakkolwiek nieustraszony, odgadł niepodobieństwo dalszej przeprawy i wbrew rozkazom rozbił nasze bataliony w chmury tyralierów, a tak rozsypani, pojedyńczo lub garstkami, choć nie bez straty, przebyliśmy ów czyściec na ziemi, i dorwali się do żywego mięsa naszych nieprzyjaciół. Nie mając nad głowami tych przeklętych kartaczy i pękających granatów, co tylu naszych oficerów i żołnierzy zakopały na tej małej przestrzeni pomiędzy Łachą i nową szosą, już śmielej zbiegaliśmy się w kupki i uderzali na Rosyan. Szczęście służyło nam o tyle, iż tysiącami strzałów przerzedziliśmy trochę gąszcz batalionów Martinowa, pędzili je przed sobą, omietli nieco szosę i ujrzeć zdołali z obydwóch stron mostu płaskie brzegi Narwi, o ile bagniska i moczary dozwalały. Langermann, ujrzawszy przystęp do mostu nieco ułatwionym, uznał chwilę za stosowną do wykonania ataku i z naszą półbrygadą, którą przy sobie zatrzymał, to jest z dwoma batalionami 16-go pułku piechoty, puścił się biegiem do mostu po oczyszczonej szosie. Daremne zabiegi!... Artylerja rosyjska z przeciwległego brzegu panowała z dwóch stron nad szosą i swym ogniem dośrodkowym rozszarpała wkrótce na szmaty naszą siostrzycę brygadną.

Langermann stracił dwa konie i pieszo z pałaszem, zdruzgotanym od kartacza, zaledwie szczątki z 16-go pułku za łańcuch naszych tyralierów poukrywać zdołał. Po Langermannie, o godzinie 2-giej z południa, reszta naszej dywizyi, t. j. pułki 2-gi i 12-ty liniowe pod dowództwem gen. Muchowskiego, usiłowały również, choć bezskutecznie, dostać się do mostu i wstrzymać napływ walących się przez most coraz liczniejszych kolumn nieprzyjacielskich, które jedynie ogień tyralierski mojego pułku, rozsypanego na wielkiej przestrzeni od wielkiej kępy za rów dawnej szosy, w karbach umiarkowania wstrzymywał. Śmiało rzec można, iż w danych okolicznościach pułk nasz jeszcze najlepsze świadczył usługi. Choć rozproszony, siedział przecież wciąż na karku piechocie rosyjskiej, i to go osłaniało od ognia artyleryjskiego; a ile razy świeże kolumny naszej piechoty lub jazdy, przekroczywszy piekielną obręcz pękających granatów, szły do ataku, zwijaliśmy się w kłębki i wciskali pomiędzy walczących. Ciasnota miejsca około mostu była tak wielka, iż nabijanie broni, strzelanie lub kłucie bagnetem należało do rzędu czynności niemożliwych. Obydwie strony walczące, zderzywszy się piersiami o siebie, przedstawiały jedną wielką zbitą masę ludu, która nie krzycząc, lecz wyjąc, biła się pięściami i kolbami, kopała nogami i drapała po twarzy, pchając się z całej siły naprzód lub zsuwała na tył.

Naszem dążeniem było strącenie Rosyan do Narwi, ich pragnieniem wrzucenie nas w ów pas ziemi, ostrzeliwany przez artyleryę. Podczas tego spychania się tam i nazad, przypominającego kalwaryjski odpust lub studenckie gniecenie sera, pluliśmy sobie z Rosjanami w oczy, szarpali za rzemienie, chwytali pod gardła lub za łby wodzili; a śmiało utrzymywać mogę, iż złoty krzyż zasługi wojskowej, jaki otrzymałem za Ostrołękę, z włosów nieprzyjaciół mojej Ojczyzny wytargałem sobie.

Podobne atletyczne zapasy po krótkiej chwili kończyły się zwykle zepchnięciem naszych osłabionych oddziałów pod ogień dział rosyjskich. A wtedy rozsypywaliśmy się na nowo i wracali do pierwotnej roli tyralierskiej, pozostawiając oczywiście rannych w ręku zwycięzców. W ten sposób nasz kapitan Antoni Olędzki, ciężko ranny, dostał się do niewoli. Krzewiny wielkiej kępy, "Łachą" zwanej, i nasyp starej szosy służyły nam naprzemian za jedyne schronisko od kul karabinowych, i dlatego broniliśmy ich strzałami, o ile mogli. Strzelanina ta z liczną i rozwielmożnioną piechotą rosyjską była dla nas niemniej bolesną i kosztowną. Porucznik Pstrokoński, na wylot przeszyty kulą karabinową, nie ziewnąwszy, skonał. Pułk. Breański również od kuli karabinowej w kość goleniową potężnie oberwał. Kapitanowie: Machwitz i Białowiejski, porucznicy: Jabłonowski i Bądkowski, podporucznicy: Różański, Maurycy Mochnacki, Gustaw Conrad, Walery Breański i przydzielony do naszego pułku ze sztabu głównego podpor. Ludwik Nabielak mniej więcej ciężko zranieni zostali. W ogóle pułk nasz stracił w ostrołęckiej potrzebie: 106 podoficerów i żołnierzy poległych na miejscu i 127 rannych, których z placu boju unieść zdołaliśmy.

Na nic nie przydała się lwia odwaga kapitanów Skrodzkiego, Mejsnera i Piaskowskiego, cyrkowa brawura majora Bobińskiego i dobosza Hertmana, — daremnie łamali karki podoficerowie: Łazarek, Solecki, Dąbrowski, Pieńkowski, Gratkowski, Zuliniec, Przeździecki i Krzyszka, krwiożerczy żołnierze: Krawiec, Leszczyc i Janicki, gdyż i z tyralierskiej pozycyi ostatecznie wyparci zostaliśmy, po części nawet i przez własnych ułanów, cofających się w nieładzie z nieudanej szarży.

Wówczas poległ w naszych oczach gen. Kicki, powszechnie polskim Ajaksem zwany (…); dowodził on 2-gim i 5-tym pułkiem ułanów i przemykał się właśnie z dwoma młodziutkimi adjutantami: podpor. Marcelim Żółtowskim i Ewarystem Radwańskim z prawego skrzydła na lewe przez roje tyralierów naszego pułku, gdy kula sześciofuntowa uderzyła go w bok i z konia zwaliła. Adjutanci odbiegli rannego, śpiesząc do szwadronów poznańskich o pomoc i lekarza; a żołnierze mojego batalionu podnieśli z ziemi rozerwane ciało generała, zanieśli do najbliższej chaty włościańskiej, za którą składano rannych dla opatrzenia, i w ogródku warzywnym odrazu zagrzebali.

Wśród zamieszania odwrotu z grobli starej drogi uratowałem życie jednemu z moich żołnierzy, przez wdzierających się tyralierów nieprzyjacielskich powalonego na ziemię i już zagrożonego pchnięciem bagneta w piersi. Byłem dość daleko, lecz że krwawe zapasy o most na Narwi odbywałem z karabinem poległego żołnierza, a strzelało się czasem w lot jaskółkę, więc też posłałem napastnikowi ołowiane upomnienie, które odwiodło go na zawsze od zamiaru przebicia żołnierza. Urzędownie policzono mi ten chrześcijański obowiązek za zasługę, przeznaczoną do nagrody, którą wówczas i podpor. Petrulewicz, Marecki, Czajkowski, Antoni Proszkowski, bracia Mochnaccy i Walery Breański otrzymali.

Dzień miał się ku schyłkowi, a po wulkanicznym wybuchu siłą błyskawicy pędzącej do mostu bateryi artyleryi konnej Bema bój omdlewać począł około godziny 8-ej wieczorem i zamarł na całej linii. Cała nasza piechota była w rozsypce, a pułk mój, ustępujący z boju w formacyi tyralierskiej, tem łatwiej poszedł za jej przykładem, gdy miał za plecami lasek i w nim z powodu zmęczenia zgubić się pragnął. Energia Langermanna zapobiegła w części złemu, skupiła pułk na nowo i odwrót z pod Ostrołęki w lepszym porządku od innych pułków jeszcze przed północą przez nas rozpoczętym został.

Droga odwrotu, choć w części ciemnością nocy zakryta, przedstawiała przerażający widok. Przy pierwszej karczmie na drzwiach, z zawias zdjętych, leżał prześliczny mężczyzna, Jan Kowalski, major 2-go pułku ułanów, z roztrzaskaną nogą konający pod nożem lekarzy. Opodal porucznik artyleryi konnej Ekielski zaprzęgał swoje konie wierzchowe do pustego jaszczyka i ładował w niego, co zmieścić się dało, rannych kanonierów z bateryi, która świetną szarżą zakończyła bój ostrołęcki. Wszędzie obok drogi leżeli umarli lub z ran umierający, wozy przewrócone lub konie, ze znużenia padłe. Jazda i artylerya pchały się naprzód, strącały wszystko z drogi, a pułki piesze, zmieszane do niepoznania, w bezładnych kupach ciągnęły po bokach drogi. Szczęście, iż nas nikt nie ścigał, bo najmniejszy strumień lub zawada na drodze byłyby dla nas drugą Berezyną.

Nad rankiem zatrzymał się pułk na chwilę w Kołakach dla ułatwienia przejścia tłumom rozbitków, szukających właściwych pułków i batalionów, które po drodze na nowo zawiązywać się poczęły.

Po dziennym marszu, mijając Rożan, zapchany parkiem artyleryi, ambulansów, wozów i tysiącami żołnierzy, strącani co chwila z drogi przez kłusującą jazdę, wśród skwaru i tumanów kurzu, z wielkim mozołem dostaliśmy się na noc do Pułtuska, wypoczęli chwilkę i odgotowali żywność. Leżąc w rowie z głową, opartą na kupce kamieni, nigdy w życiu nie miałem wygodniejszego posłania, któreby mi użyczyło przyjemniejszego snu i spoczynku.

Przejście Narwi pod Zegrzem ułatwiło uporządkowanie armii i skrystalizowanie rozbitków we właściwe kompanie i bataliony. Pułk nasz, choć potężnie wyludniony, uzupełniał się co chwila zapodzianymi żołnierzami, przyszedł za armią na Pragę i od strony Wawra rozłożył się obozem.


   (Józef Patelski, "Wspomnienia wojskowe")


W lipcowy, niedzielny poranek 1831 roku, do odległego nie więcej niż 20 kilometrów od Supraśla Szudziałowa, wkroczył oddział pułkownika Zaliwskiego. Po procesji i mszy młodzi ludzie ustawili się w kolejce ochotników do zapisu na proboszczowskim dziedzińcu. Po czterech dniach już nie żyli wrzuceni do bezimiennego dołu pod Kopną Górą, poszli w kajdanach na Syberię lub błąkali się po lasach wokół Sokołdy nie wiedząc co ze sobą począć. Ilu ochotników stanęłoby dziś do zapisu pod szudziałowską plebanią? Prawdziwe, chrześcijańskie i zgodne z naszą tradycją miejsce ostatniego spoczynku to tylko minimum ale zarazem wszystko co możemy dziś zrobić.

Zmarłym, których chcemy uhonorować, we współczesnym świecie potrzebny jest uporządkowany cmentarz z równym rzędem betonowych krzyży, tablica pamiątkowa uwieczniająca ich zasługi, rocznicowe obchody. Będzie godnie, honorowo, z szacunkiem, po chrześcijańsku. Zapewne też zdarzać się będą krótkie chwile modlitwy i zadumy w przydrożnym mauzoleum podczas weekendowej podróży pomiędzy białostockim mieszkaniem a podsokołdzką daczą. I chyba inaczej być już nie może we współczesnym świecie. Tylko dlaczego, mimo wszystko, trochę żal…?

Krzysztof Łaziuk
członek honorowy MSH Exploratorzy.pl



Nadleśnictwo Supraśl oraz Collegium Suprasliense złożyły wspólne zgłoszenie w organizowanym przez Urząd marszałkowski konkursie na Podlaską Markę Roku. Startujemy w kategorii Przedsięwzięcie, rozumiejąc przez nie cały zespół działań mających na celu przywrócenie naszej pamięci wydarzeń z 1831 roku rozegranych pod Sokołdą. Są to przede wszystkim, uwieńczone sukcesem, poszukiwania mogiły części poległych żołnierzy, upamiętnienie ich w otwartym w 2008 roku Małym Muzeum Historii Puszczy Knyszyńskiej a także podjęte próby rekonstrukcji tych historycznych wydarzeń na podstawie nielicznych źródeł historycznych. Wyniki tych ustaleń sukcesywnie przedstawialiśmy w Nazukosie.

Informacje o konkursie łącznie z prezentacją uczestników można znaleźć na stronie internetowej www.podlaskamarka.pl. Zapraszamy do oddania głosu na naszą inicjatywę: głosowanie za pomocą specjalnych kuponów przewidziane jest w terminie 22.02-7.03 a dla jego uczestników organizatorzy przewidzieli nagrody rzeczowe.


« powrót
pobierz STATUT MSHE        copyright © 2010-2011 exploratorzy.pl